Kawa jak z westernu

Chyba każdy ma jakieś utarte wyobrażenie o nieznanym świecie, które kiełkuje mu w umyśle po przeczytaniu książki, wsłuchaniu się w muzykę czy obejrzeniu filmu. Kiedy byłem małym chłopakiem, zawsze duże wrażenie robiły na mnie westerny. Uwielbiałem te filmy w ogóle i w szczególe, bo bardzo poruszały moją wyobraźnię.

Gatunek ten kojarzy się zwykle z kinem amerykańskim, choć ja osobiście, najbardziej lubiłem produkcje włoskie. Oczywiście wielkiego mistrza Sergia Leone. Obrazy tego reżysera nie tylko kojarzą mi się z porywającą fabułą, lecz także fantastyczną muzyką Ennia Morriconego. Filmy te oddają stuprocentowy klimat Dzikiego Zachodu. Przynajmniej ja tak to czuję. Ale nie tylko. Ich atutem jest także to, że przemycają w sobie coś europejskiego – coś kojarzącego się ze średniowiecznymi eposami rycerskimi. Postacie są wyraziste tak samo, jak granica między dobrem a złem. Zawsze w końcu tryumfuje prawda i szlachetność, ale zanim to nastąpi nikczemność zbiera swoje żniwo i leje się rzeka krwi i nie mniej łez. No dobrze a teraz od ogółu do szczegółu.

Częstym motywem westernów jest nocny biwak na prerii. Kilku śmiałków otacza niewielkie ognisko, na którym płoną suche, trzaskające w ogniu gałęzie preriowych krzewów. Gdzieś, tuż obok, odpoczywają konie i od czasu do czasu słychać ich ciche rżenie. Toczy się rozmowa, której towarzyszy sowity posiłek po męczącym dniu, pełnym dramatycznych przygód. Jeśli nie jest to mięso upolowanego rogacza lub królika, to na pewno jest nim fasolka w sosie pomidorowym. Co charakterystyczne, każdy je ją łyżką do zupy z płaskiego talerza. Zawsze chciałem takiej spróbować. To jedna z moich fantazji kulinarnych. Pomimo, że nie traktuję ich do końca poważnie, to jeśli tylko mam ku temu okazję, zawsze staram się je realizować. Ostatnio na przykład, byłem w Londynie, gdzie nie omieszkałem spróbować angielskiej wersji ryby z frytkami. Po prostu, musiałem. Ale wrócę do westernów. Kolejnym motywem, który uwiódł mnie w tych filmach, był sposób przygotowania kawy. Pewnie pamiętacie kowboi parzących kawę bezpośrednio na ogniu w czymś, co wizualnie przypomina czajnik pomieszany bańką na mleko. Przynajmniej ja mam takie skojarzenia.

Otóż marzy mi się, żeby właśnie w czymś takim sporządzić kawę w warunkach polowych. Dlatego niedawno szukałem w Internecie naczynia à la czajnik z westernu. Nie wierzyłem, że można w ogóle coś takiego dostać. A jednak... Nazywa się to czajnikiem traperskim. Jest emaliowany, z grubej blachy, wygląda bardzo solidnie i autentycznie. No i najlepsze jest to, że nadaje się do zaparzania kawy lub herbaty bezpośrednio w ognisku! Ma tylko jedną wadę. Jest trochę drogi, bo kosztuje około 129 złotych. To sporo, jak na gadżet, z którego na pewno za często bym nie korzystał. Pozostaje więc czekać na urodziny i zasugerować taki czajnik jako prezent. Tyle że to dopiero w styczniu, więc jeśli stanę się posiadaczem tego symbolu prawdziwie męskiej kawy z Dzikiego Zachodu, to użyję go dopiero w przyszłe wakacje. Postaram się jednak nie odpuścić tego pomysłu. Jak tylko zrealizuję swój zamiar, opiszę Wam moje wrażenia.

Autor artykułu:
Bogumił Bronowicz - Szaman Palenia Kawy

Autor artykułu: Bogumił Bronowicz - Szaman Palenia Kawy

Masz uwagi co do tego artykułu, chciałbyś o coś zapytać lub podzielić się czymś ciekawym? Dodaj komentarz lub napisz do mnie na adres: bogumil@cie-kawa.pl Chętnie odpowiem na każde pytanie.

I niech kawa będzie z Tobą! 😎☕️


Add comment

Required fields are marked with *. Every comment is subject to approval.

Author*

Website

Comment*

Please do not type anything here